NINJA
ŻYCIORYS i CHARAKTER

Interchampion, Champion Polski, Młodzieżowy Champion Polski, 2-krotny zwycięzca rasy na wystawach światowych, Zwycięzca Młodzieży Świata, Zwycięzca Świata, Zwycięzca Europy, Zwycięzca Polski, 2-krotny Zwycięzca Klubu klubowej wystawy molosów w Warszawie
Urodziłem się 5 czerwca 2005 roku w Twierdzy Samuraja. Moją mamą jest Sara z Przystani Abelarda a tatą Usato z Wólki. Na imię mam Ninja, a mój brat, z którym spędziłem pierwsze tygodni życia, to Nubi. Pewnego lipcowego dnia (miałem 7 tygodni) przyjechała do nas Maja i zabrała mnie od mamy. Długo jechaliśmy samochodem. Nie wiedziałem, czy mi się to podoba, więc mocno się do niej przytuliłem. Zamieszkałem w warszawskiej kamienicy na 4. piętrze bez windy. Straszne były na początku te schody, ale w końcu je polubiłem - niezła gimnastyka. Gdy przybyłem do nowego domu, otuchy dodawał mi mój brat, którego widziałem, choć nie mogłem dotknąć. Nie pachniał Nubim, ale papugował mnie i szczekał razem ze mną. Był i to dodawało mi odwagi. Później okazało się, że to lustro i moje w nim odbicie, ale ważne, że wtedy był ze mną. Wszyscy mnie kochali i ciągle się ze mną bawili. Ja też ich pokochałem. W domu nazwali mnie Nygus. Razem jeździliśmy w różne miejsca, przeganialiśmy wszystkie napotkane strachy. Teraz miasto jest już moje. Niczego się nie boję, mam wielu ludzkich przyjaciół, lubię ludzi, choć niektórzy mają złe myśli i ci mnie denerwują. Czasem oglądam telewizję, bywają w niej fajne zwierzaki.
Późną wiosną 2006 roku zaczęliśmy odwiedzać takie dziwne miejsca, gdzie było dużo psów i biegaliśmy w kółko z naszymi przewodnikami. Jacyś panowie lub panie oglądali nasze zęby i … nie powiem co jeszcze. Zacząłem słyszeć z boku - „zobaczcie ogon Nygusa, to jego znak firmowy!” Nie wiem o co chodzi, przecież ogon kochanej i odważnej tosy jest zawsze silny, dumnie uniesiony do góry i zadowolony (ciągle się wierci). Jesienią tego roku pojechaliśmy na Wystawę Światową do Poznania. To było naprawdę święto. Tyle kolegów i koleżanek jeszcze nie widziałem. Biegaliśmy i biegaliśmy z Majką. A potem wielka radość Majki, Waldka, Gosi i Pawła. No to ja też się ucieszyłem. Ciągle jeździmy na różne wystawy, ale nie jest to ciężka praca, zawsze jest fajnie. Najpierw wycieczki, spacery, zabawa, wszyscy moi kochani razem, a na końcu to nudne bieganie w koło. Wtedy często się cieszą, gdy zostaję sam na ringu (nudno) i robią mi zdjęcia, więc niech już tak będzie, co mi tam.
Ach, byłbym zapomniał. Kiedyś zaprowadzili mnie na jakieś pole, stadion. Były testy, czymś mnie straszyli (strzały, dziwny człowiek biegał) - do dziś nie wiem czego się bać? A potem powiedzieli, że mogę już mieć narzeczone - malina! I miałem kilka panienek - cudo! Mam też gromadkę dzieci, ale to nie mój problem.
Chciałbym Wam jeszcze powiedzieć, że mam wielu przyjaciół, a właściwie przyjaciółek, bo psi faceci zawsze chcą mi udowodnić, że są ważniejsi, a przecież szef jest jeden - to jasne!
Na podwórku najfajniejsze są wilczyce Figa i Aksa, zabawna jest też Dona (cane corso). Jednak moją ukochaną i najlepszą kumpelą jest Toshi. Znam ją od szczeniaka. Jest taka jak ja, czyli tosia. Z nią to się można posiłować, poprzewracać!!!.
Będziemy mieć dzieci. I to już będzie nasza rodzinna sprawa. Ale można też na poważnie : mamy już 21 dzieci (styczniowe 2010 i majowe 2011). Ostatnie lata obfitowały w różne zmiany i niespodzianki. Pod koniec 2009 przyjechała do mnie piękna, malutka panienka Damyio z domu Birengo i została już na zawsze. Przybyła z Czech i trochę byłem o nią zazdrosny, ale szybko się zaprzyjaźniliśmy. To wulkan energii, dlatego nazwali ją Demi Demolka. Z nią nie dało się nudzić, zawsze coś wymyśliła. Tylko gdy domownicy wracali, najlepiej było zniknąć im z oczu. Na początku 2010 okazało się jeszcze, że moje stadko powiększyło się o Midori z domu Ninja-san. Jest śliczna, ale to moja córa, więc zaloty są wykluczone. Na szczęście zapewniają mi pewne rozrywki, jednak to już moja prywatna sprawa…zdradzę tylko, że mam, tak mówią, 120 dzieci. Dobrze, że nie wszystkie są na moim utrzymaniu…! A tak przy okazji dzieci, to w naszej rodzinie w połowie 2009 zjawił się malutki chłopczyk Franio, syn mojej Maji. Na początku było trudno, ale teraz już się dogadujemy, choć ja jeszcze go omijam, żeby nie zrobić mu krzywdy – ja taki duży a on maciupki. Demi te kontakty przychodzą z wielką łatwością, rozumieją się świetnie. I jeszcze jedno: opuściliśmy nasze dotychczasowe mieszkanie i teraz mamy dom z ogrodem. Niby fajnie, lecz dawni przyjaciele oraz wrogowie zostali na Grochowie i trochę mi żal…

Kontakt
Ciekawe Linki